7°C całkowite zachmurzenie

List: W imię szacunku dla warszawiaków

Szanowny Panie Redaktorze. Z zainteresowaniem przeczytałem artykuł w ostatnim (17) numerze Informatora Żoliborza. Wiele zawartych w nim tez jest bardzo trafnych, poza jedną, zaczerpniętą zresztą z wypowiedzi polityków, którym formalna część demokratycznych procedur nie jest zbyt bliska. Nie można sobie bowiem wyobrazić w żadnej, nawet minimalnej, szczegółowej weryfikacji obecności miejskich pracowników przy urnach.

 

Spisy wyborców, po zliczeniu głosów, obwodowe komisje, wraz z kartami (wypełnionymi i czystymi), pakowane są w worki “bankowe”, identyczne jak te, w których przewozi się banknoty i opieczętowywane. Następnie komisje przekazują je do zakładowych archiwów komisji wyborczych wyższego szczebla, gdzie w niezmienionym stanie przechowuje się je przez określoną prawem liczbę lat a następnie bezpiecznie niszczy. Naruszenie pieczęci może nastąpić tylko na podstawie nakazu sądu, rozpatrującego protest wyborczy, zaś stan zabezpieczenia owych worków może być w każdej chwili sprawdzony, także przez przedstawicieli opozycji.

Osoba szczególnie podejrzliwa może sobie wyobrazić sytuację, w której ktoś zrywa pieczęcie i sznury a następnie ponownie je odtwarza. To jednak wymagałoby już działań typowo szpiegowskich – podrabiania pieczęci i podpisów. Byłoby zresztą przestępstwem z art. 251 Kodeksu Karnego, zagrożonym karą pozbawienia wolności do lat dwóch.

Serdecznie pozdrawiam
Kilkakrotny przewodniczący Obwodowej Komisji Wyborczej
Mikołaj Nowacki

Od Redakcji:

Szanowny Panie Mikołaju,

To jest doprawdy imponujące, że w swojej uczciwości, nie jest Pan sobie w stanie wyobrazić przestępstwa popełnianego w nieuczciwy, niesprawiedliwy sposób. Przecież nikt by się tu nie musiał bawić w analizowanie podpisów na spisach wyborczych, żeby się upewnić o obecności urzędnika na referendum. Pofantazjujmy zatem... Wystarczy, że zaufany członek komisji wyborczej ma kartkę z 10 nazwiskami, które pod koniec pracy komisji sprawdzi na spisach. Kilkunastu takich osobników potrafi już zweryfikować dajmy na to 200 przykładowych pracowników urzędu miasta i urzędów dzielnic. Dane personalne i adresowe tych osób dostarczy zaufana osoba z kadr urzędu miasta. I tak powstaje lista proskrypcyjna, której autorzy nigdy się do swojej pracy nie przyznają, bo to kryminał. A potem tę jedną kartkę dostaje "pani Hania", która tak, czy inaczej siedzi na "stołku" i jest kierownikiem zakładu pracy. Fantastyka? Być może, ale naukowa. A z resztą, ja przecież nie twierdzę, że ktoś to zrobił, a jedynie, że to możliwe, ja po prostu nie potrafię odnaleźć innego zastosowania nonsensownej politycznie i skandalicznej deklaracji premiera o pozostawieniu p. Hanny Gronkiewicz-Waltz jako komisarza po przegranym referendum, niż żeby stworzyć wrażenie o takiej możliwości. I jak dotąd nikt mi nie podał innej interpretacji tej wypowiedzi Donalda Tuska, niż po prostu zastraszanie.

Być może nie jest mi bliska "formalna część demokratycznych procedur", ale na swoją niewesołą interpretację wypowiedzi wpadłem od razu po jej zaistnieniu i nie ja jeden z resztą, naprawdę nie potrzebowałem do tego żadnych aktywistów z PiSu, tylko ponieważ nie wszyscy są domyślni, przed referendum nie warto było o tym wprost mówić, by nie zmniejszyć frekwencji.

List: W imię szacunku dla warszawiaków komentarze opinie

Dodajesz jako: Zaloguj się